Bajka "Szybkie Skrzydło", Autor: Anna German - Tucholska

 

     Tuż przed odejściem na "Tamten Brzeg" Ania napisała bajkę.                         Rękopis znaleziono w 2003 r. Kartki z tą niezwykle pouczającą treścią przeleżały    w biurku Ani ponad 20 lat...

    Bajka o szpaku Szybkie Skrzydło została przetłumaczona na język rosyjski         i opublikowana w książce I. Iliczewa "Анна Герман. Гори, гори, моя звезда..." (oryginalny tekst z książki znajduje się pod tłumaczeniem)

Niestety w polskiej literaturze nikt nie zdecydował się na opublikowanie bajki.     A szkoda, bo wiele mówi nam o życiu i o samej Ani...

 

 

Anna German  

 BAJKA O SZPAKU „SZYBKIE SKRZYDŁO”

 

PRZEDMOWA

    Na krótko przed śmiercią Anna German napisała bajkę. Bajkę dla swojego małego synka Zbyszka, którego kochała ponad wszystko na świecie. Bajka ta jest nieco smutna, ponieważ pisząc tę opowieść Anna czerpała z własnego życia, a dokładnie     z okresu, kiedy była przykuta do łóżka. Ta mądra, filozoficzna bajka w rzeczywistości skierowana jest zarówno do dzieci jak i do dorosłych, choć napisana jest bardzo prostym i zrozumiałym językiem. Opowiada o woli życia, o miłości do ludzi                i otaczającego nas świata. Wyrażenia i zwroty odpowiadające dobrej naturze Anny German, znajdują odzwierciedlenie w historii życia rodziny ptasiej i rodziny ludzkiej. Bajka ta uczy miłości, współczucia, życzliwości, szczerości, wierności i serdeczności...

 

    Oto się urodziłem... Wyklułem się pewnego pięknego majowego dnia, wcześnie rano... Może nawet przed wczesnym rankiem, gdy w oknach domów jeszcze się nie świeci i żaden z rannych ptaszków nie zaczął śpiewać swoich pięknych porannych piosenek.
    Otworzyłem oczy i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, było to jak przytulnie           i dogodnie urządzony jest mój drewniany domek. Leżałem w ciepłym gnieździe,          a obok mnie były rozsiane skorupki mojego jaja, z którego dopiero co się wyklułem... Skorupki były koloru jasnoniebieskiego z małymi czarnymi plamkami.                             Nikogo, oprócz mnie, w gnieździe nie było...  Chociaż nie... niedaleko ode mnie leżały dwa jajka, jeszcze nie wyklute. „Tak, już! - pomyślałem, - pospieszyłem się      z wylęgiem ze swojego jajeczka. Rodzice, na pewno, polecieli po jedzenie, a ja już tu jestem! Uhuhu! Co tak gra w moim brzuszku? Zdaje się, że muszę zjeść obiad...”                                                                                                                  Ale, nie znajdując nikogo obok, znowu położyłem się w gnieździe czekając na rodziców, przecież, prawdę mówiąc, jeszcze słabo trzymałem się na nogach. Ach, jak mi było przyjemnie i ciepło... Pierwsze promienie słońca delikatnie pieściły moje pióra, a zapach był taki, że poczułem zawrót głowy. Jak się okazało, nasz malutki domek znajdował się wśród gałęzi ogromnej starej śliwy, która akurat w tym czasie kwitła. Była obsypana tysiącami białych płatków, które pachniały pysznie, delikatnie szumiąc na wietrze. Tak, tak! Wietrzyk zakołysał naszym domkiem, figlarnie świeciło słoneczko - słowem, poczułem się na tyle szczęśliwy, że aż zachciało mi się śpiewać!     Wy, Drogie Dzieci, kiedy się rodzicie, przychodzicie na ten świat, nie wiedząc niczego. Musicie w ciągu długich lat życia, wiele się nauczyć. U nas, u ptaków, tak nie jest. My od razu wiemy wszystko, co jest dla nas ważne. A najważniejsze jest to (i nie tylko dla ptaków), że nasz dobry Bóg stworzył Świat i wszystko, co się w nim znajduje. Pan wszystko bardzo mądrze urządził. Na przykład to, że mamy z Wami dwie Ojczyzny. Jedną tam, gdzie my na wiosnę się rodzimy, a drugą tam gdzie odlatujemy, kiedy nadchodzi sroga zima ze śniegiem i zimnym wiatrem. My, ptaki, nie musimy się martwić o jedzenie, o swoje bezpieczeństwo. Bóg nas kocha, pamięta nawet o najmniejszym wróbelku i nie pozwoli mu umrzeć.                                       Nasz Stwórca jest bardzo dobry, mądry i pełen miłości do nas. A my – malutkie słabe ptaszki, jakże możemy mu podziękować? Okazuje się, możemy!                      Pan kocha muzykę i śpiew ptaków, więc wszystkie ptaki od wczesnego ranka zaczynają śpiewać. Jedne świergoczą lepiej, inne trochę gorzej, ale to nieważne! Bóg raduje się słysząc każdy śpiew - i ptasi, i człowieczy. On jest zadowolony ze wszystkiego, co dla Niego brzmi!

 

    Proszę wybaczcie, Drogie Dzieci, ale muszę przerwać swoje rozmyślanie. W końcu przylecieli moi rodzice. Ach, jakże radosne było to spotkanie!.. Do tej pory czułem, jak bije serce mojej Mamy, kiedy ona wysiadywała jajka. Właściwie, nas. Nawet przez skorupkę czułem Jej ciepło, miły dotyk i zapach jej piór – zawsze czystych        i starannie wygładzonych. Jeszcze tam, w jajku, poznałem ciepło, dobroć i troskę mojej Mamusi, najbliższego stworzenia na całej Ziemi.                                                                                                                    Oj, co ja takiego mówię! Przecież Tatę także mocno kocham! Bardzo! Ja, Drogie Dzieci, kocham Mamę i Tatę jednakowo mocno, tylko każde z nich na swój sposób...

 

    Teraz, kiedy już wyklułem się ze swojej skorupki, mogę w końcu przywitać się      z moimi drogimi rodzicami. Mamę mam taką smukłą, piękną... Tata nieco mniej. Delikatną i czułą... Mamusia delikatnie całowała mnie dziobem po głowie, po skrzydełkach, przytulała i śmiała ze szczęścia. Tata także promieniał ze szczęścia, przytulając mnie z drugiej strony. On był dumny, że urodził mu się syn! Pierworodny syn...                                                                                                                   Kiedy rodzice do syta mnie nakarmili, wycałowali i wypieścili – Tata powiedział do Mamy: „A teraz, kochana żonko, ułóżmy naszego nowo narodzonego synka do snu.  A my usiądźmy na gałęzi naszej śliwy i zaśpiewajmy Bogu naszą dziękczynną pieśń za takiego pięknego syna!”                                                                                  Zasypiając, słyszałem, jak Tata cichutko szeptał Mamie: „Zauważyłaś, jakie silne skrzydełka ma nasz syn? On będzie pięknie i szybko latać... Wiesz, nazwiemy go Szybkie Skrzydło. Dobrze, kochana?”                                                                     „Dobrze, mój kochany”, - szepnęła Mama i przybliżyła się do Taty. On objął ją skrzydełkiem i zaczęli razem śpiewać – tak pięknie i radośnie, że przyłączyły się do nich wszystkie sąsiadujące ptaki.

 

    Wkrótce z dwóch pozostałych jajek wykluły się: mój młodszy brat – Brylantowe Oko i na sam koniec ze skorupki wysunęła swoją główkę nasza siostrzyczka Pipsandra. Być może, Drogie Dzieci, ich imiona wydają się wam dziwne, ale zapewniam Was, że Mama i Tata bardzo trafnie je wybrali. Mój brat ma ogromne, niezwykle błyszczące oczy, w których można przeczytać o wszystkich jego wybrykach. Och, jak on kocha nabroić!                                                                      A Pipsandra, po wykluciu, od razu zaczęła płakać: "pips, pips, boję się!" No i nazwali ją od tego ciągłego popiskiwania Pipsandrą.                                                   Tak, ja nie przedstawiłem Wam naszych rodziców. Naszego Tatę nazywają Śpiewosław Szpak, a Mamę – Trelunia Szpakowa.

 

    Teraz Wy już dobrze znacie naszą rodzinę i chciałbym opowiedzieć Wam, Drogie Dzieci, o naszych sąsiadach – o ptakach i o ludziach. Pozwólcie, zacznę od ptaków.     Aha! Zanim zapomnę: niedawno zaobserwowałem bardzo ciekawe zjawisko: są na świecie ludzie, niezwykle podobni do ptaków. Spróbuję Wam to udowodnić:

            1. My, ptaki, bardzo kochamy pieśni i muzykę. Ludzie także uwielbiają śpiewać, grać i tańczyć.

            2. Zawsze mamy wiele dzieci w gnieździe. U ludzi – także jest dużo dzieci: takich pięknych, śniadych i ciemnowłosych.

            3. My, ptaki, kochamy naturę i otwarte przestrzenie. Ludzie, jak ptaki, lubią spać pod otwartym niebem w swoich namiotach, gdzieś w polu lub w pobliżu lasu.

            4. My najbardziej kochamy niezależność i wolność. Ludzie także kochają niezależność i wolność, ale oni nie mają skrzydeł i dlatego nie mogą tak po prostu polecieć gdzie dusza zapragnie. Ludzi do ptaków zbliżają kolorowe wozy, zaprzęgnięte w konie. Na takim wozie mieści się wszystko: i ludzie, i ich bagaż. Głowa rodziny siedzi na wozie i głośno krzyczy: "Hej, wy, konie!" I koniki idą sobie przez mosty, lasy, pola – i tak do samego wieczora – dzień po dniu. Tacy ludzie nazywani są cyganami. I nikt nie może ich zatrzymać – dojeżdżają oni aż do samej granicy...

 

    Jeszcze, Drogie Dzieci, powinienem Wam wyjaśnić, czym jest granica państwa. Kiedyś widziałem, jak małe dzieci bawiły się na podwórku. Każde z dzieci miało w rączce mały patyk i wszystkie rozbiegały się w różnych kierunkach od dziewczynki    z bardzo śmiesznymi warkoczami. Zgodnie z zasadami gry, dziewczynka powinna dogonić któreś z nich. Dzieci uciekały śmiejąc się i piszcząc, a jeśli nagle poczuły niebezpieczeństwo – w mig wokół siebie patykiem rysowały krąg na piasku i głośno krzyczały: "To moje! To moje!". Tej narysowanej linii nie wolno było przekraczać nikomu. Oczywiście to była zwyczajna dziecinna zabawa, ale później zauważyłem,   że dorośli bawią się bardzo podobnie, tylko ich zabawa nie jest wesoła.                      Ludzie przede wszystkim zaczynają od wojny, na której strzelają do siebie jak do dzikich kaczek. A kiedy już zdobędą nową ziemię, także krzyczą: "To moje! To moje!" - i rysują na mapie nowe granice. Tylko nie patykiem na piasku, lecz piórem na papierze. А wzdłuż granicy rozstawiają żołnierzy, ale nie ołowianych – na granicy stoją prawdziwi żołnierze z prawdziwymi karabinami.          

 

    Dla nas, dla ptaków, na szczęście, granice nie mają żadnego znaczenia. My po prostu wznosimy się wysoko-wysoko w niebo i lecimy ponad wszystkimi granicami bez paszportów i wiz. Przykre, ale dla ludzi na ziemi – to duży kłopot.                Czasami wydaje mi się, że jeśli granice na Ziemi byłyby pożyteczne i konieczne, to narysowałby je sam Bóg jeszcze przed stworzeniem Wszechświata. Więc, chwała Bogu, że ludzie mogą dokonywać tych wszystkich nowych odkryć na Ziemi, latają    w Kosmos, a to daleko poza wszystkimi granicami. W tym wszystkim oni są wolni,    a wolność – to podstawa i dla ptaków i dla ludzi. Wolność i niezależność.

 

    Ale... Wrócę, pozwólcie, do naszych przyjaciół i wrogów. Oj, jak ja nie lubię myśleć o tym, że mamy wrogów.  Przecież moja Mama i Tata są tak dobrzy               i serdeczni, że wydaje mi się, iż wszyscy powinni nas lubić, tak jak my lubimy             i szanujemy innych. Ale niekiedy dokładnie ci "najmądrzejsi" i "najsilniejsi" - ludzie – potrafią być szczególnie okrutni i nam, ptakom, należy unikać spotkań z małymi ludźmi - dziećmi. Małe dzieci, jeszcze nie nauczone przez rodziców miłości do przyrody i zwierząt, często strzelają do nas ze swoich proc. I biada temu ptaszkowi,  w którego trafi kamień... Dobrze, że w tej okolicy, gdzie mieszka nasza ptasia rodzina, nie spotkałem jeszcze ani jednego takiego okrutnego dziecka. Widocznie żyją tu dobrzy ludzie, którzy nauczyli swoje dzieci miłości do przyrody, więc żadne z nich nie będzie okaleczać krzaków, ani łamać gałęzi drzewa. Wprawdzie, po naszej okolicy kręci się kilka dzikich kotów, które niekiedy wspinają się na naszą śliwę z nadzieją dostania do naszego domku. Hahaha! To im się wcale nie udaje! Ten miły, dorosły ogrodnik, który zbudował dla nas ten domek, umieścił go w takim miejscu, że nawet najbardziej zwinny kot-akrobata i cyrkowiec nie da rady dosięgnąć nas swoją puszystą łapką. On zawsze straci równowagę i upadnie pod śliwą. Tak już raz się zdarzyło! Byliśmy przerażeni, sądząc, że nasz krzywdziciel mocno się potłukł, po upadku z wysokiej śliwy. Ale nie! Koty zawsze spadają na cztery łapy. Skrzydeł, na szczęście, nie mają, dlatego też kotów bardzo się nie boimy.

 

    W naszym sadzie mieszka również dużo wróbli i kilka pięknych różowych synogarlic (to ptaki bardzo podobne do gołębi), a pod dachem uwiły swoje gniazdo jaskółki. Wydawać by się mogło, wokół – sami przyjaciele. Jednak jest jedno duże niebezpieczeństwo, którego się strasznie boimy.                                                          Na wiosnę, po wykluciu się z naszych skorupek, usłyszeliśmy nieprzyjemne dla uszu skrzeczenie. А kiedy to skrzeczenie usłyszeli nasi rodzice, zaniepokojeni zamarli  i poinformowali nas, że tak skrzeczy sroka - piękny, silny i bardzo sprytny ptak. Niestety, sroka – zabójczyni małych i słabych ptaków. Dlatego my zawsze bystro nasłuchujemy i od razu lecimy do domu, widząc srokę w oddali. Nie myśleliśmy        o jakiejkolwiek sroce, kiedy uczyliśmy się latać. Nasz Tata, wzniósł się na najwyższą gałąź i obserwował, żeby ta straszna sroka się nie zbliżyła. Jeśli nagle sroka ośmieliła się podlecieć zbyt blisko naszego gniazda, Tato wydawał takie wezwanie, że licznie zlatywały się synogarlice i wspólnymi wysiłkami przeganiały srokę z naszego sadu.

 

    Pewnego razu zdarzyła się straszna i tragiczna historia. Było to tak. Ten maleńki sad, w którym mieszkamy, należy do wspaniałej rodziny, w której razem z mamą, tatą i babcią żyje mały chłopiec. Chłopiec ten jest bardzo miły, często bawi się w sadzie     i kiedy wylatujemy z naszego domku, on unosi głowę, patrzy na nas i się uśmiecha. Bardzo nas lubi! O jego Tacie napiszę osobno. Przy okazji, po porannej sałatce z rzodkiewki, w sadzie pojawia się babcia. Szkoda, że Mamy chłopca nigdy nie widziałem w sadzie. Ona już bardzo długo leży chora w łóżku, w dużym słonecznym pokoju, przy oknie. Jego okna są zawsze szeroko otwarte i dniem i nocą, a z naszego domku na śliwie bardzo dobrze je widać.

 

    Pewnego razu Mama obudziła chłopca wczesnym rankiem, razem z nami, pierwszymi ptakami – o godzinie czwartej rano zadzwoniła dzwonkiem. Przyszedł zaspany Tata, uśmiechnął się do niej i zapytał, czego chce jego kochana żona. Ona chciała pić, Tata przyniósł jej mleka. Podczas gdy Mama piła, on stanął przy oknie      i powiedział: "Wiesz, kochana, dziś będzie piękny dzień..." Ale potem nagle wychylił się z okna i głośno klaszcząc w ręce, zaczął krzyczeć: "Puść ją, puść natychmiast!". "Kochany, nie krzycz, ludzie jeszcze śpią!" - nie zdążyła zaprotestować Mama, kiedy Tata jak błyskawica wybiegł z pokoju, zbiegł po schodach, chwycił pierwszy lepszy kamień i rzucił nim w stronę sroki. Jeszcze stojąc przy oknie, Tata chłopca spostrzegł, że sroka chwyciła w swoje szpony naszą maleńką Pipsandrę i wzbiła się z nią w powietrze. Sroka była wciąż nie wysoko nad ziemią, kiedy na pomoc przybyła gromada synogarlic i zaatakowała złodziejkę ze wszystkich stron. Sroka, zobaczywszy, że z pomocą synogarlicom biegnie gospodarz sadu z kamieniem w dłoni, zrozumiała, że grozi jej niebezpieczeństwo, puściła przerażoną Pipsandrę i poleciała wysoko ponad dachami domów. 

 

    Maleńka Pipsandra była bardzo przestraszona i cichutko żałośnie popiskiwała – bardziej ze strachu, niż z bólu, ponieważ rany od szponów sroki nie były głębokie. Nasza Mama natychmiast poleciała szukać specjalnych ziół, które przyniosła w dziobie i przyłożyła do ran Pipsandry. Wszystko bardzo szybko się uleczyło. My potem dziękowaliśmy synogarlicom i naszym dobrym sąsiadom, którzy pospieszyli z pomocą naszej siostrze.  

 

    Jakie to szczęście, że żyjemy właśnie w tym sadzie u tych dobrych ludzi. Tacie chłopca w życiu jest ciężko – wiecie, że jego kochana żona jest już wiele lat chora, a kiedy ktoś z bliskich choruje i jeszcze tak długo, - radości jest bardzo mało. Tata sam musi zarabiać pieniążki, troszczyć o synka i chorą żonę. Pomimo wszystkich trudności, Tata zawsze jest uśmiechnięty, spokojny i dobry dla wszystkich – dla dzieci, dla zwierząt, dla ptaków...

 

    Wczesną wiosną, kiedy śnieg jeszcze nie stopniał, radosny Tata wbiegł do pokoju Mamy i poinformował: "Ania! Ania! (tak nazywali Mamę chłopca) Dobra nowina! Spójrz..." Tata pomógł mamie wstać z łóżka, mocno ją podtrzymywał, żeby mogła podejść do okna. Po podwórku latali moi rodzice – nas jeszcze wówczas nie było, opowiadała mi o tym moja Mamusia. I twarze tych ludzi wyrażały taką radość z widoku dwóch ptaków, jakby oni wygrali milion złotych (dla ludzi to wielkie szczęście) lub ich wujek milioner przyjechał z Ameryki.

 

    Przyjemnie było na nich patrzeć: Tata był taki potężny, silny i wysoki, objął mocno swoją żonę, starannie ją podtrzymując. W minutę przybiegł ich zaspany synek            i wszyscy troje, cała rodzina – stali przy oknie i szczerze się radowali.

 

    Czasami tak sobie myślę: z całą pewnością niedobrze, że Tata chłopca to – człowiek. On jest taki dobry, szlachetny i sprawiedliwy – on powinien urodzić się ptakiem. Pięknym, silnym i kolorowym ptakiem...

           

           

            POSŁOWIE

    W jeden z upalnych dni lata 2003 roku w Warszawie w domu Anny German, gdzie teraz mieszka jej mąż Zbigniew Tucholski i syn Zbigniew Tucholski (junior), przypadkowo odnaleziony został rękopis tej bajki, napisanej przez Annę niedługo przed śmiercią. Rękopis, który ponad dwadzieścia lat leżał w biurku Anny German, stał się dostępny do tłumaczenia. Teraz czytelnik poznaje nieznaną Annę German. Bardzo ważne jest wychowanie młodego pokolenia zgodnie z wartościami, które Anna sławi w swojej bajce - miłością, dobrocią i sprawiedliwością. Książka ta, razem z zapisami, które Anna poświęciła dzieciom, daje młodemu pokoleniu nieoceniony łyk moralności i duchowości, naucza je cenić życie.  

 

Tłumaczenie: Grzegorz Marciniak

Redaktor techniczny, korekta: Marta Deptuła

.

Oryginalny tekst z książki I. Iliczewa "Анна Герман. Гори, гори, моя звезда...":

Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us Image Hosted by ImageShack.us

.

.