Prasa

         Wywiad, który Ania nazwała "spowiedzią".

   W kwietniu 1979 r. Ania wyjechała na tournee do ZSRR. Podczas swojego pobytu w Związku Radzieckim, udzieliła estońskiemu dziennikarzowi (Ants Paju) wywiadu, który różni się znacząco od tych czytanych zazwyczaj. Sama Ania określiła go w pewnym momencie mianem "spowiedzi". I rzeczywiście coś w tym jest... Pewna cząstka niezwykłej wrażliwości i głębi duszy Ani ujrzała światło dzienne.

   Ants Paju pierwszy raz spotkał Anię w 1978 r. Kilkakrotnie przyjeżdżał na Jej koncerty do ZSRR, a w grudniu 1979 r. z wielką radością powitał Ją w Tallinnie (Estonia). Ania zaśpiewała pięć koncertów w tamtejszej Filcharmonii. Ants był człowiekiem wrażliwym na piękno przyrody i otaczającego nas świata (był kiedyś lesnikiem). Być może dlatego szybko nawiązał z Anią nic porozumienia.

Wywiad ukazał się w książe I.Iliczewa "Анна Герман. Мы долгое эхо".

 

Dziennkarz: Pani Anno, program nazywa się „Pieśni o miłości”. Dlaczego wybrała Pani tą nazwę?

Ania German: Pyta Pan, dlaczego właśnie o miłości? A czy jest na świecie uczucie ważniejsze, niż to, które nie tylko nas ogrzewa, kiedy obdarza nas nim ukochana osoba, ale również motywuje do działania? Doszłam do takiego wniosku, kiedy siedziałam w domu i myślałam – jaki będzie mój solowy koncert, bez konferansjera, sama tylko wyjdę na scenę do moich słuchaczy by mówić o tym co mnie interesuje, zajmuje?

Chcę by moi słuchacze, po drugiej stronie sceny, odpowiedzieli. Pragnę jak najlepiej, najpiękniej wyśpiewać im to, co jest w moim sercu. Być może, odpowie to także w innych sercach – ludzi, którzy siedzą tam, w ciemnej sali i w ciszy mnie słuchają.

Nasz świat jest teraz bardzo zabiegany, brakuje nawet czasu by powiedzieć najbliższemu i drogiemu nam człowiekowi, który żyje obok nas, że go kochamy. Albo pocałować, lub przytulić, kiedy przychodzi z pracy. Strasznie dużo spraw ważnych, które trzeba od razu, natychmiast rozwiązać, tak więc najważniejsze schodzi na dalszy plan. Dlatego, gdy mogę już stać się przez dwie godziny „władczynią” ludzi, ich serc, ich uwagi, postanowiłam, że nie będę śpiewać ani protest-songów (chociaż nie mam nic przeciwko nim, są potrzebne), ani różnych innych bardzo ważnych pieśni... Po prostu będę śpiewać o miłości!

Z tym uczuciem rodzimy się, przychodzimy na ten świat i zauważcie – niezależnie od tego, czy jest to dyrektor lub minister, bardzo ważny czy prosty chłop w polu – wszyscy chcą kochać, chcą być kochani. Jest to rzeczywiście – najważniejszy motor, który popycha nas naprzód przez życie.

Tak myślałam i tak wybrałam piosenki – przecież ich nie może być w programie zbyt wiele, do tego dwie wypowiedzi – o niezbędnej w naszym życiu miłości. To ukochany lub ukochana, potem dziecko – nasza krew, nasze serce, jemu poświęcamy to wszystko co mamy najlepsze w naszych sercach, umysłach, możliwościach... I Ojczyzna, oczywiście! To pojęcie, które sama próbowałam zrozumieć, ale mi się nie udało. Dlaczego właśnie wtedy, kiedy byłam w słonecznych, wesołych, przepięknych Włoszech, tylko trzy miesiące zaledwie, tak strasznie chciałam wrócić do domu, pod to ołowiano-szare niebo Warszawy. Mnie przecież tam było dobrze, czekała mnie wielka kariera, miałam przyjaciół – ludzi, którzy także lubili muzykę, rozumieli mnie, a mimo wszystko chciałam wrócić do domu.

Rozumiem, że w czasie wojny ludzie oddają życie za ojczyznę – to zrozumiałe. Wszakże kraj, w którym się urodziłeś, jest w trwodze i wtedy trzeba oddać wszystko, żeby odzyskać niepodległość i wolność, pokój... To rozumiem, ale dlaczego w czasach pokoju, kiedy wszystko jest w porządku, kiedy wszystko dobrze – dlaczego tak strasznie chcesz dokładnie na ten kawałeczek ziemi? Wrócić. I tam być. Takie pieśni zajmują w moim programie nie mało miejsca. Sadząc po reakcji ludzi, potrzebne nam są te pieśni – o miłości... 

 

D: Jeśli można, zadam takie pytanie: obecnie Pani tęsknota za domem, za krajem rodzinnym – szczególna, przecież tam czeka na Panią maleńki syn. Co w pojmowaniu miłości, w pojmowaniu uczucia jako takiego Pani jako kobiecie dało urodzenie syna? I co Pani powie tym kobietom, które wahają się – czy warto mieć dziecko czy nie?

Ania: Mówią, że istnieje instynkt macierzyński, że przychodzi czas, kiedy kobieta odczuwa, że koniecznie musi mieć dziecko. Nie mogę powiedzieć, że ze mną tak było. Byłam bardzo przejęta, pełna obaw – czy mogłabym pokochać swoje dziecko tak, jak piszą w książkach, żeby było tak jak trzeba! Pytałam swoje przyjaciółki, które miały dzieci: „Powiedz mi jakie to uczucie? Jak ono przychodzi? Kiedy? Kiedy się jeszcze nie urodziło, czy po narodzinach? Po roku czy po dwóch? Kiedy?”

A potem, kiedy pielęgniarka na drugi dzień przyniosła mi moje dziecko, zapomniałam swoje wątpliwości i myśli, a pierwsze, co mi przyszło do głowy – jakże pielęgniarka przyniosła dziecko – przecież w korytarzu musi być bardzo chłodno, są przeciągi, a ona przyniosła je z odkrytą główką. I dopiero wtedy, kiedy już byłam w domu, zrozumiałam, że w tym właśnie, z pewnością, jest ta miłość, kiedy jesteśmy bardzo zaniepokojeni, żeby naszemu maluchowi było dobrze.

Obecnie, kiedy już minęło trzy lata i mogę znowu wyjeżdżać na występy, zadaję mojemu mężowi pytanie: czy nasz syn jest szczęśliwy? Nie chodzi mi o to, czy jest najedzony – jeść mu dajemy na czas. Ale czy jest szczęśliwy? Czy dobrze mu na tej ziemi, czy dobrze mu w swojej własnej rodzinie? Niedawno on był w gościach u swojej babci, a ona zaproponowała mu by u niej przenocował. On wówczas nie skończył jeszcze trzech lat, a odpowiedział: „Nie. Przecież ja mam swój dom”. I to było niezwykle radosne dla mnie.

Nie należy o swoim dziecku myśleć jak o własności, jak o meblu. To żywy człowiek, zupełnie odrębny. Ma swój świat, własne pojmowanie wszystkiego. Nasze rodzicielskie zadanie – postarać się dopilnować tego, żeby się z nami dobrze czuł, żeby te cztery ściany, w których się urodził, uznał za swoje rodzinne, swoją przystań. Jak statek przypływający do przystani po rejsie.

Trzy lata nie dawałam koncertów, tak więc starałam się przez cały ten czas jemu poświęcać swoją uwagę, całą moją miłość (jak u nas po polsku mówią Witamina M – miłość matki). Te pierwsze kilka lat życia człowieka, jak mówią, są najważniejsze. I być może, udało mi się troszeczkę sprawić, żeby nas pokochał. To bardzo ważne. Nie jest obowiązkiem dziecka kochać nas. Nie dlatego, że jesteś moim synem - musisz mnie kochać. Na to trzeba zasłużyć. Spokojem i tym, żeby jemu pozostawić swobodę a w trudnych chwilach być jemu oparciem. Jeśli on sam pokocha, jeśli sam zechce, wtedy sam przyjdzie do domu, wtedy nie będzie szukać rozrywek w świecie (chociaż ich też potrzeba). Potrzeba, żeby miał ten ważny port, gdzie może wrócić szczególnie wtedy, gdy jest mu ciężko.

Jeszcze wracając do Pana pytania, chciałabym powiedzieć, że moi znajomi mówili, że ci, którzy pracują na scenie, nie powinni mieć dzieci, dlatego że to zmienia psychikę, zwłaszcza kobiecą. I że nie mogą już pełni sił oddać sztuce, poświęcić siebie scenie. Dojść do najlepszych rezultatów można tylko wtedy, kiedy poświęcany siebie dla tego czegoś... W jakiejś mierze, to prawda. Obecnie stałam się „niewolnikiem”. Obecnie choć wykonuję swoją pracę z tą samą miłością, dla mnie, z pewnością, odkryła się także druga głębia – nieustannie moimi myślami jestem tam, w domu, przy nim. Nie jestem już tym swobodnym człowiekiem. Ale z drugiej strony, to takie odczucie, bez którego w życiu kobiety, jest bardzo przykro.

 

D: Pani Anno, proszę pozwolić zadać sobie jeszcze jedno pytanie, żeby spróbować „rozwinąć tą szpulę”. Powiedziała Pani, że nie jest już takim swobodnym człowiekiem, odczuwa dążenie szybkiego powrotu do domu. Czy nie myślała Pani, że przez urodzenie dziecka, przez to odnowienie, przez poczucie się kobietą – otrzymała Pani znacznie większe oswobodzenie. Wydaje mi się, że spełniła Pani swój obowiązek względem natury. Powinien być spełniony, to daje człowiekowi jakiś wewnętrzny ładunek odnawiający. Czy się mylę?

Ania: Nie, wcale się Pan nie myli. Powiem więcej: urodzenie dziecka czyni kobietę młodą i piękną (śmiech). Oczywiście, praca na scenie zakłada wolność myśli – trzeba dużo pracować nad tekstami, nad tym, żeby wykonać nie te łatwe taneczne piosenki (je łatwo śpiewać, nawet myśląc o czymś innym), ale te rzewne, które mnie wzruszają.

Często mnie pytają: „Kiedy Pani śpiewa „Sonny boy”, lub inne podobne piosenki, z pewnością myśli Pani o swoim synku?” To nieprawda! Ja o nikim i o niczym nie myślę. Myślę tylko o obrazie, który w danym momencie tworzę i chcę całą sobą przekazać moim słuchaczom. Wtedy nie ma miejsca na moje osobiste sprawy, moje osobiste sentymenty.

Kiedy powiedziałam, że nie jestem swobodnym człowiekiem, miałam na myśli, że nie mogę oddać całej swojej siły tylko swojej pracy, twórczości. Ale kiedy wychodzę na scenę, nie pamiętam o tym i robię na scenie tylko to, co mnie w danym momencie bardzo interesuje, zajmuje. Właśnie dlatego koncertów daję o wiele mniej, niż przedtem, kiedy byłam wolna jak ptak i mogłam śpiewać, kiedy tylko chciałam. A obecnie trzeba troszkę i od domu odpocząć, chociaż ja, oczywiście że, zawsze z przyjemnością opowiadam synkowi o misiu, który przyjechał na saniach, a wszyscy myśleli, że to generał – on tak mocno z tej bajki się śmieje.

Żeby wyjść na scenę, trzeba wszystko z siebie zrzucić i zacząć pracę zupełnie inną, niż w domowym świecie.

 

D: Myślę, że w Pani odpowiedzi jest temat następnego mojego pytania: co zmieniło się w doborze tekstów i melodii, które Pani przygotowuje do swoich przyszłych koncertów? Był okres, kiedy była Pani „wolnym ptakiem”, a teraz jest Pani ośmielę się powiedzieć „dojrzałą” kobietą. Czy zaszła ponowna ocena wewnętrznych wartości?

Ania: Pana wywiad jest jak spowiedź. Jestem na ogół wesołym człowiekiem. Na przykład, uwielbiam tańczyć, śpiewać. Ale z czasem, kiedy człowiek już, można powiedzieć, nie jest w wieku szkolnym (bardzo mi się spodobało jak w jednym radzieckim filmie bohater mówi: „No i co, że mamy siwe skronie, w duszy przecież jesteśmy młodzi. Po prostu otoczenie tego nie widzi”), coś się zmienia... Czas płynie i każdy z nas codziennie się zmienia. Wcześniej starałam się o tym nie myśleć. Ale teraz po tym jak przebywałam na porodówce, gdzie nagle zobaczyłam pośród tego ogromnego szczęścia kobiet, trzymających w rękach swoje dzieci, ogromny smutek – kiedy obok mnie leżała młoda lekarka, której córeczka zmarła trzy godziny po narodzinach. Mnie to bardzo poraziło – wcześniej myślałam, że porodówka – to miejsce, gdzie przychodzą na ten świat maleńkie różowiutkie piękne dzieci, okazało się, że jest to miejsce, z drugiej strony, szczególnie przerażające, że tam odchodzą ci, którzy nie zdążyli przyjść na świat. To odezwało się w mojej psychice, dlatego włączam z ochotą do swojego repertuaru piosenki, mówiące o tym, że trzeba cieszyć się z życia na tej ziemi, ale nie można zapominać o tym, że nasze dni są policzone. Kiedyś gdzieś, mimo tego, że mamy dopiero dwadzieścia lub już osiemdziesiąt lat, przyjdzie ten ostatni dzień... To jest to co widziałam w szpitalu.
Ale to zasada życia – tak zawsze było i zawsze będzie. Dlatego ułożyłam melodię do Ody Horacego, który ponad 2000 lat temu napisał przepiękne wersy. Tą pieśń ja bardzo często śpiewam i tą pieśnią kończę swój program (chodzi o pieśń „Ciesz się życiem” („Nie czekaj jutrzejszego dnia”). - Red.). Ona opisuje, jak przyroda rodzi się do życia, jak wiosna się rozpoczyna... Sens tej pieśni jest w tym, że trzeba cieszyć się życiem, trzeba iść na randkę, trzeba się spieszyć pić młode wino, tańczyć, niczego nie odkładać. Dlatego, że przyjdzie dzień, kiedy my wszyscy spotkamy się w tym, drugim królestwie. Ale to wcale nie jest smutna pieśń. Po prostu trzeba cieszyć się rzeką życia, która nas niesie. To nic, że niesie nas ku końcowi – jest gwałtowna, od nas zależy, jaka jest...

 

D: Czy pojawili się w Pani życiu nowi poeci i kompozytorzy, z którymi pracuje Pani obecnie, a nie pracowała wcześniej?

Ania: W rzeczy samej ja w ogóle nie zamierzałam zostać piosenkarką. Miałam inny cel – ukończyłam geologię, chciałam poznawać skarby, które skrywa nasza Ziemia i które pozwala nam niekiedy wydobywać. Kiedy tylko zaczęłam, jeszcze nie wiedziałam, czego chcę – po prostu śpiewałam to, co mi podarowali, o co mnie prosili. Potem nastąpiła przerwa, która zabrała mi wiele lat życia – niemal sześć lat, zanim całkowicie odzyskałam pełną fizyczną i psychiczną siłę. A lata mijają...

Jeśli człowiek chce pracować na scenie, obowiązkowo powinien mieć zespół muzyków, z którymi intensywnie i stale pracuje. Z powodu samopoczucia długo nie mogłam tego zorganizować. Potem urodził się mój Zbyszek i wyrzekłam się wszystkiego na więcej niż trzy lata. Tak się stało, że takiego zespołu, z którym mogłabym szukać nowych pieśni, pracować nad nimi, do tej pory nie miałam i nie mam. Dlatego wszystko, co robię – to moje własne, osobiste porywy, to improwizacja. Ja oczywiście o tym nie mówię ze sceny – słuchacza to nie interesuje. Ja wszystko muszę sama robić – i tekst wybrać i muzykę (albo sama czasem napiszę albo poproszę przyjaciół), trzeba stworzyć program, znaleźć salę i przeprowadzić próbę. A prób przed takim solowym koncertem, oczywiście, bardzo mało wychodzi... Szkoda, że tak się to odbywa, ale innego wyjścia nie ma...

 

D: Kontynuując myśl, mam takie pytanie: dobiera Pani piosenkę według treści. Proszę opowiedzieć, co Panią powinno dotknąć w słowach piosenki, ażeby przepuścić ją przez siebie. Przecież, jak wiadomo, piosenka rodzi się trzy razy – u poety, u kompozytora i u śpiewaka. Co takiego powinno być w piosence, żeby Pani mogła ją jako wykonawca dopełnić, urodzić na nowo?

Ania: Niekiedy przynoszą mi piosenkę, ja słucham i rozumiem, że i tekst dobry i muzyka interesująca, ale ona nie jest dla mnie napisana. To czuje każdy wykonawca, zwyczajnie o tym nie zawsze łatwo powiedzieć w oczy kompozytorowi czy autorowi tekstu. Każdy wykonawca powinien wiedzieć – czy może przekonać do danej piosenki słuchaczy. Dlatego że ja, na przykład, mogę wyjść na scenę z jakąkolwiek piosenką tylko wtedy, kiedy sama w pierwszej kolejności jestem przekonana, że temat, problem, zawartość tej piosenki jest komukolwiek potrzebna lub ważna – czy warto w przeciwnym razie ludziom głowy zawracać... Po drugie, ta piosenka powinna się mnie nie po prostu spodobać, ona powinna „zrosnąć się” ze mną. Bardzo często ludzie myślą, że ja o sobie śpiewam. To mnie cieszy. Tylko wtedy to posiada sens. Wcześniej w piosence bardziej interesowała mnie linia melodyczna, gdzie można błysnąć wokalnie. Obecnie na pierwsze miejsce wysunęła się treść. Pan już sam powiedział, że jestem teraz dojrzałym człowiekiem – tak muszę myśleć. Jeśli myśl poety jest dla mnie zrozumiała, jeśli mogę śpiewać ją tak, jak swoją własną – wtedy ta piosenka będzie mieć odzew u słuchacza. No a jeśli do tego jeszcze dodać dobrą melodię – to wtedy „bisy” są zapewnione.

 

Ciąg dalszy:

D:Pani raz jeszcze użyła pojęcia „dojrzałość”. Chcę dowiedzieć się, jeśli można, czy istnieją u śpiewaków jakieś określone piosenki stanowiące wskaźniki określonego poziomu „dojrzałości”? Świat zdobyła Pani piosenką „Tańczące eurydyki”. Od tego czasu wiele zmieniło się w świecie, w Pani. Czy nie wydaje się, że następnym przełomem dla Pani była piosenka „Nadzieja”? Czy nie znajduje Pani jakiegoś związku między tymi piosenkami? Czy to przypadek?

Ania: Nie, związku żadnego nie ma. Piosenka była napisana w innym kraju, w innym czasie i przez innych autorów. Związek może być tylko taki, że i „Eurydyki” i „Nadzieja” zostały „moimi” piosenkami! Do tej pory, chociaż już minęło 15 lat, słuchacze proszą o tą piosenkę. Nawet dziś na sali o nią prosili. Ale ja z tym zespołem akurat nie mam jej w repertuarze – było mi żal, że jej nie zaśpiewałam...
„Nadzieję” podarowała mi Aleksandra Pachmutowa do wiersza Nikołaja Dobronrawowa. Przysłali mi ją do Warszawy moi przyjaciele z „Melodii”. Bardzo mi się spodobała i podczas kolejnego pobytu w Moskwie nagrałam ją. Tam było niewiele piosenek, ale treść piosenki „Nadzieja” jest uniwersalna, odpowiednia dla wszystkich. W tekście poruszone są te tematy, które ludzi bardzo przejmują – rozłąka, jak zrozumieć siebie nawzajem, radości, które daruje nam życie. Zaśpiewałam ją i mogę się pochwalić, ta piosenka stała się bardzo popularną, śpiewało ją także wielu innych wykonawców i mnie było bardzo przyjemnie, kiedy niedawno leciałam na Dni kultury polskiej w ZSRR, a obok mnie w samolocie siedział nasz pierwszy polski kosmonauta – pan Hermaszewski. To bardzo przyjazny, czarujący człowiek – zwyczajny, wesoły, życzliwy – leciał z żoną i synem – opowiedział mi, że właśnie u kosmonautów jest tradycja, że przed wylotem, siadają i w spokoju słuchają właśnie tej piosenki. A, pomimo tego, że nagrało ją bardzo wielu – słuchają tylko mojego wykonania. Byłam wtedy strasznie dumna, chociaż to nie w mojej naturze! To bardzo ważne, że ludzie, wyprawiając się w lot, nie wiedząc, czy stamtąd wrócą, w ostatnich minutach na ziemi chcą tą właśnie piosenkę usłyszeć. W tej piosence jest obietnica, że wszystko będzie dobrze – z pewnością, dlatego oni właśnie ją wybrali.

 

D:Chciałbym zapytać o artystyczne plany. Co w Pani twórczym „schowku” jeszcze ukryto przed słuchaczami? Jakie podróże się szykują? O ile wiem, na przykład, maleńkie nadbałtyckie kraje – stanowią puste miejsce na mapie Pani występów...

Ania: Jest Pan tak czarującym człowiekiem, że teraz, kiedy Pan zadał to pytanie, czuję się winna, dlatego że sama prosiłam „Goskoncert” żeby wysłać mnie gdziekolwiek powygrzewać się na słoneczku. U nas w tym roku w Polsce była strasznie chłodna i śnieżna zima i ja bardzo zmarzłam – u nas pękały rury, nie było wody, śnieg zasypał wszystkie samochody, nasi biedni mężczyźni nie jeździli swoimi „ukochanymi” samochodami, ponieważ odkopanie ich było niemożliwe... Strasznie było... Dlatego poprosiłam, jeśli możliwe, wysłać mnie tam gdzie cieplej. Więc jeśli bym Pana wcześniej spotkała, poprosiłabym wysłać mnie nad chłodne Bałtyckie Morze. W tej podróży pojadę do Środkowej Azji. Występy zakończę w Taszkiencie, gdzie teraz (chociaż jest dopiero połowa kwietnia) – jest już 30 stopni. To mnie, oczywiście, cieszy. Ja obecnie raz w roku wyruszam z domu i myślę, że w następnym roku poproszę „Goskoncert” pozwolić mi zobaczyć Wasz kraj, dlatego że stał mi się on bardzo bliskim, bardzo interesującym, bardzo chciałabym dla Waszych ludzi, dla Waszych słuchaczy śpiewać i zdać jeszcze jeden egzamin.

 

D:Znamy Panią jako wykonawczynię, jako kompozytora. Ale zupełnie mało albo nawet niemal wcale nie wiemy o Pani jako pisarce. Co popchnęło na tą drogę i czy będzie kontynuacja?

Ania: Nie, nie jestem pisarką... I nigdy nie będę... To po prostu był taki czas, kiedy przyszło mi napisać książeczkę. W 1967 roku podpisałam trzyletnią umowę z włoską firmą nagraniową i pojechałam tam pracować. Ale tam żeby zostać „towarem”, który będą kupować, trzeba bardzo dużo zrobić: trzeba występować w telewizji, fotografować się, trzeba bywać w domach mody, dawać bezmiar wywiadów. A potem, kiedy ludzie o tobie trochę wiedzą, można przystąpić do nagrania płyty. Wszystko to było zrobione, i w Neapolu zapisałam swoją płytę z neapolitańskimi piosenkami, wzięłam udział w festiwalu San Remo, zrobiłam duży program z Domenico Modugno dla telewizji, po czym powinien był rozpocząć się cykl koncertów. Jednak po pierwszym koncercie wydarzyła się katastrofa. Mój kierowca, a także pianista, prowadził swój samochód, po prostu zasnął za kierownicą i – wydarzyła się katastrofa...

Po tym wypadku byłam około pięciu lat w domu, dopóki wszystko nie wróciło na swoje miejsce. Mój kręgosłup pozostał cały, dlatego po długich latach rehabilitacji i gimnastyki znów śpiewam na scenie i jak gdyby niczego nie widać. Prawda że, nie widać? (śmiech). Ale kiedy jeszcze leżałam w łóżku, kiedy dni ciągnęły się, musiałam czymś wypełnić ten czas. Nawet popróbowałam do wierszy moich przyjaciół powymyślać muzykę. Nie mam muzycznego wykształcenia, ale mam jakąś intuicję...

I tak jak otrzymałam bardzo dużo listów i z Włoch, gdzie mnie zdążyli poznać, i z Polski, gdzie wszyscy byli bardzo wzruszeni tym wypadkiem, pomyślałam że napiszę książeczkę i tym samym odpowiem na wszystkie pytania. Tak też zrobiłam! Ot i cała pisarka!

 

D:Jak Pani myśli czy nie przyjdzie okres, kiedy Pani zechce napisać książkę dla swojego synka – zaczętą od tego momentu, kiedy na porodówce Panią poraziły niedbałości pielęgniarki, przynoszącej Pani syna z odkrytą głową i do tego momentu, na przykład, jak on zamiast słowa „mama” wypowiedział słowo „tata”. Nie pojawiły się jeszcze takie myśli?

Ania: Zbyszek-starszy ciągle mi mówi: „Trzeba zapisać jak on to czy tamto powiedział, bo inaczej potem zapomnimy. Żeby potem pośmiać się, kiedy urośnie i to przeczyta”. Ale sam Pan wie, że nie mamy czasu. Nie mogę opuścić kuchni, kiedy tam coś gotuję, i pójść szukać długopisu. A Zbyszek u nas wszystkie długopisy albo połamał albo wypisał. Zanim znajdę, gdzie to zapisać – czy zeszyt czy notes – na kuchni wykipi mi zupa...

Ja tego dotychczas nie robię, chociaż bardzo żałuję. Nie jestem profesjonalistką, dlatego nie wiem, czy taka książeczka zainteresowałaby kogokolwiek oprócz naszej rodziny? Mój mąż niekiedy coś zapisuje. Tak że jakiś maleńki ślad dla dziecka z dzieciństwa zachowa się. Słusznie myślę, że kiedy on wyrośnie, będzie miał tyle spraw i tyle własnych problemów, że nie jestem pewna – czy zechce to czytać. Jak Pan myśli?

 

D:Ja tutaj myślałbym w inny sposób. Kiedy na początku naszej rozmowy zaczęła Pani mówić o miłości do ojczystego kraju, pomyślałem, że miłość przekazujemy dziecku przez kołysankę. Kiedy dziecko dorośnie, zaczyna pojmować swoją kołysankę. Wydaje mi się, że taka książeczka byłaby potrzebna wielu matkom i dzieciom, żeby zrozumieć te kołysanki...

Ania: Pan to bardzo dokładnie i słusznie powiedział. Lecz ja obawiam się, że jestem zbyt zajęta nowymi piosenkami i to mi odbiera sporo siły fizycznej. Przecież ja jak górnik dwie godziny na scenie śpiewam, pracuję. Także i suknie trzeba zmieniać. Mam obecnie zbyt burzliwe życie. Cieszę się, że znowu jestem na scenie, że znowu mogę śpiewać.

A wie Pan, co było moim pierwszym życzeniem po tym, jak ja, leżąc w gipsie po same uszy, mogłam się ruszyć? Moim najgorętszym życzeniem było umyć podłogę, żeby samodzielnie wstać i swoimi rękami to zrobić. Ja jeszcze nie mogłam chodzić – Zbyszek przyniósł mi poduszkę, posadził mnie na niej na podłodze i dał mokrą szmatkę, a ja dookoła siebie, ile mogłam, umyłam podłogę. Wtedy byłam szczęśliwa. Widzi Pan, jak czasem niewiele trzeba człowiekowi do szczęścia... Ale to już wszystko przeszłość. Teraz jeśli przyszłoby zaproszenie do Włoch, mogłabym tam pojechać i nawet śpiewać przepiękne neapolitańskie pieśni dla Włochów.

 

D:Jakie ma Pani obecnie plany nagraniowe? Czego się spodziewać?

Ania: W trakcie tego pobytu będę mogła trzy dni nagrywać nową płytę i ponieważ znam język rosyjski, często nagrywam tylko rosyjskie piosenki. Moja przyjaciółka, redaktor moskiewskiej „Melodii” - bardzo dobry, bardzo porządny człowiek – prawdziwy mecenas sztuki nie tylko dla zagranicznych, ale i dla sowieckich artystów. Właśnie ona po raz pierwszy odkryła Sofię Rotaru, Dawida Tuchmanowa i wielu innych. Powiedziała: „My mało polskich piosenek nagrywamy”. Więc w trakcie tej wizyty zostanę i nagram też nasze polskie piosenki.

 

Tłumaczenie: Grzegorz Marciniak

Redaktor techniczny: Marta Deptuła

 

Zdjęcia przedstawiają Anię i dziennikarza Ants Paju.